niedziela, 20 maja 2012

O dużych chęciach i małej przestrzeni, czyli pasje blokowego mieszczucha ;)


Witam serdecznie :) Mam nadzieję, że niedziela upływa Wam w pogodnym nastroju :)

Chciałam podzielić się z Wami moimi ostatnimi przemyśleniami na temat tego, jak wspaniale jest móc zrobić samodzielnie to, co do tej pory z braku czasu i przestrzeni, a często też z lenistwa, kupowało się jako gotowe. Wydawałoby się, że kiedy człowiek mieszka w mieście, a na dodatek w bloku, ma bardzo ograniczone możliwości, jeśli chodzi np. o przygotowywanie domowej roboty produktów spożywczych, naturalnych kosmetyków, uprawę roślinek, itp. Nie oszukujmy się, na małym metrażu z mikroskopijnym balkonem i na wysokości na przykład czwartego piętra nie da się prowadzić wymarzonej hodowli kur zielononóżek, uprawiać pola lawendy, ani nawet warzywnika z prawdziwego zdarzenia. Zamiast urokliwych kurek znoszących swojskie jajeczka mamy bezczelnie napastliwe i hałaśliwe gołębie, które są zmorą całego osiedla ;) Myślę sobie jednak, że w powiedzeniu „dla chcącego nic trudnego” jest wiele prawdy. Oczywiście w żadnym wypadku nie wolno porzucać marzeń o własnym miejscu na ziemi, w którym będzie można realizować najśmielsze plany i pomysły. Marzenia po prostu trzeba mieć i kropka. Warto natomiast zastanowić się, co można zrobić samodzielnie, chociażby w skali mikro :) Po to, by trochę przystopować w codziennej gonitwie i poświęcić chwilę na własnoręczne wykonanie czegoś, co da nam satysfakcję nieporównywalnie większą, niż gdybyśmy poszli na łatwiznę i przynieśli gotowca ze sklepu. Paradoksalnie choćby najprostsza rzecz, ale zrobiona przez nas samych, da nam najwięcej radości i wzbudzi w sercu miłe ciepełko :) My wiemy już, że mieszkanie w bloku nie oznacza, że człowiek musi być skazany na kupiony w pobliskim sklepie, nijaki w smaku chleb, który „żytni” lub „razowy” jest tylko z nazwy. Mój mąż metodą prób i błędów opanował sztukę pieczenia chleba do mistrzostwa :) Tak miło jest mieć świadomość, że to, co jemy, jest nie tylko przepyszne, ale i dobre dla naszego zdrowia, a zapach świeżego chleba wydobywający się z piekarnika powoduje, że mieszkanko w bloku staje się Domem :)
Co do roślinek, to przyznaję się, że miałam do nich zawsze – delikatnie mówiąc - dość lekceważący stosunek ;) Kiedy byłam młodsza, wszelkie kwiatki miały u mnie raczej marne szanse na przeżycie, bo podlewanie, przycinanie, nawożenie, itd. znajdowało się na szarym końcu listy rzeczy do zrobienia.  Z wiekiem obserwuję u siebie coraz większą potrzebę ukwiecania mojej przestrzeni życiowej :) Zaczęłam nawet kupować gazetki o tematyce ogrodniczej! Postanowiłam podejść do tematu poważnie, bo mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła w pełni wykorzystać zdobytą wiedzę w praktyce :) A póki co, działam w skali mikro ;) W tym roku wzięłam na tapetę nasz minibalkonik, a co tam, niech sąsiedzi zazdroszczą ;) Na szczęście balkonik jest w stanie pomieścić okrągły stolik i dwa krzesełka, które dostały w tym sezonie nowe podusie. Znalazła się również odrobina miejsca dla kwiatków, mamy więc lawendę (w tym samodzielnie wyhodowaną z nasionek), maleńką białą begonię, pelargonię w odcieniach różu i wiszącą truskawkę :) Posialiśmy też własne ziółka – bazylię, oregano, pietruszkę i melisę. Czekamy teraz niecierpliwie na pierwsze plony, regularnie podlewając nasz „ogródek” i przyglądając mu się intensywnie i z lubością, jakby to miało przyspieszyć jego wzrost ;) 

W tych pojemniczkach kiełkuje już melisa, pietruszka jeszcze troszkę się ociąga, ale lada dzień powinny się pojawić pierwsze kiełeczki. Zainteresowanych zakupem takiego sprytnego zestawu, który zawiera zielone pojemniczki  z nazwami ziół, kompost i nasionka, odsyłam do starej, dobrej IKEI :)





A tu widać już pierwsze listki bazylii :)



Pokażę Wam jeszcze jedną rzecz, którą od zawsze kupuję w tradycyjnych drogeriach, a którą można przecież zrobić samodzielnie w wersji skróconej „dla mieszkających w bloku” ;) Mowa mianowicie o mydełkach. Buszując w internecie natrafiłam na stronę sklepiku Lawendowa Farma. Od razu kupiłam masę mydlaną w formie suchego „makaronu” składającą się wyłącznie z tego, co natura dała :) Zachęciła mnie prosta instrukcja wykonania – wystarczy powoli podgrzewać bazę mydlaną w kąpieli wodnej do roztopienia, dodać mleko lub wodę i wszystko to, czego dusza zapragnie. W moim przypadku był to susz lawendowy i koszyczek rumianku. Podgrzaną masę wlałam do wyłożonych folią metalowych foremek do babeczek. Mydełka odleżakowały swoje zgodnie z instrukcją i voilà! Pachną bardzo delikatnie, bo naturalnego olejku eterycznego akurat nie miałam pod ręką. Są za to dokładnie takie, jak chciałam, rustykalne i przede wszystkim naturalne :) No i bałagan prawie żaden, co w przypadku mikroskopijnej kuchni ma naprawdę duuuuuże znaczenie ;)




Jeżeli więc czasami, tak jak mnie, przytłaczają Was (dosłownie) gabaryty Waszego mieszkanka i wydaje Wam się, że robienie czegokolwiek na przysłowiowych dwóch metrach kwadratowych nie ma sensu, posadźcie sobie ziółka w doniczce i okażcie im tyle troski i serca, ile potraficie, a poczujecie przypływ nowych sił i zapału :)  
Na zakończenie tego posta zachęcam Was do własnych eksperymentów i serdecznie pozdrawiam nie tylko szczęśliwe posiadaczki dużych domów pod miastem ;)       

                        

2 komentarze:

  1. Zgadzam się w zupełności ,że ,,dla chcącego nic trudnego'' :)Smak robionego własnoręcznie chleba też znamy i trudno nam wyobrazić sobie ,że jeszcze tak niedawno zajadaliśmy te nadmuchane buły! I ziółka wyhodowane z nasionek smakują jakoś tak wyjątkowo:)Serdecznie pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, że nie ma to jak własny chlebek :)) Postaram się kiedyś pokazać na blogu zdjęcia, co nie będzie łatwe, bo on zawsze tak szybko znika ;) A ziółek nie mogę się już doczekać. Będą pasowały do świeżego chlebka, mniam! Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz :)